Pod kołami samochodu zginęła czternastoletnia Karolina
Ta śmierć boli wszystkich
Ta tragedia wstrząsnęła nie tylko Baszowicami. Rozpędzony fiat siena brutalnie przerwał życie czternastoletniej gimnazjalistki. Mieszkańcy wsi i okolic są w szoku.
5 października dla Karoliny był dniem jak każdy inny. Nic nie zapowiadało, że może się zdarzyć coś szczególnego. Najpierw była szkoła, powrót do domu, nauka. Później z rówieśnikami poszła pograć w piłkę na plac koło starej mleczarni.
- Kochała sport, była miła, grzeczna, sympatyczna - wspominają ją mieszkańcy Baszowic (gm. Nowa Słupia). Tuż przed dziewiętnastą grupa młodzieży postanowiła zakończyć sportowe zmagania i wracać do domu. - Widziałam jak szli. Było ich pięcioro lub sześcioro - opowiada mieszkanka Baszowic, wskazując prawą stronę drogi prowadzącej z Bodzentyna do Nowej Słupi. - Później słyszałam już tylko głuche uderzenie, przerażający krzyk, który przeszył bólem całą okolicę i pisk opon. Potem była już tylko cisza - nie może dalej mówić, płacze.
- Ja akurat wyszłam na podwórko, mieszkam może dwieście metrów od miejsca tragedii - opowiada inna kobieta. - Zobaczyłam biegnących ludzi. Podenerwowane głosy. Co się stało? Pobiegłam za nimi gnana dziwnym przeczuciem, że zdarzyło się coś złego. Na miejsce dojeżdżało pogotowie. To było niecałe dziesięć minut od chwili wypadku. Tłum ludzi wierzył, że medycy uczynią cud i Karolina wstanie, wróci i będzie tu razem z nami - płacze, a wtóruje jej niemal każdy kto stoi kilkanaście zaledwie kroków od miejsca piątkowej tragedii.
- Karolina zginęła na miejscu, nie miała żadnych szans na przeżycie - mówi Tomasz Maliszewski z Posterunku w Nowej Słupi. - Przyczyny? Po pierwsze, prowadzący fiata sienę poddany został badaniu na zawartość alkoholu we krwi. Badanie wykazało 1 promil, co oznacza, że był pod wpływem alkoholu. Sprawca został zatrzymany na 48 godzin, w tym czasie trwały intensywne działania policji. Sprawiły one, że w stosunku do kierującego sieną sąd, przychylając się do wniosku prokuratury, zastosował trzymiesięczny areszt tymczasowy - opowiada T. Maliszewski. Sprawcą wypadku jest czterdziestoletni mężczyzna, mieszkaniec Bodzentyna.
Kiedy pytałem o kolegów Karolinki wszyscy odradzali mi rozmowę z nimi. - Te dzieci są w szoku. Niektóre z nich nawet nie przypominają sobie, że zginęła ich koleżanka. I nie ma się czemu dziwić, niewiele brakło a nie żyć mogło każde z nich.
Ta tragedia zdarzyła się zaledwie trzysta metrów od domu. Tyle zabrakło by dotrzeć do mamy, taty, rodzeństwa.
We wtorek na pogrzebie żegnały ją tłumy. Kamienne, zastygłe w bólu i płaczące twarze pytały w milczeniu: Dlaczego?
- Ta śmierć boli nie tylko dlatego, że odeszła od nas kochana osoba, dziecko, które dopiero zaczęło poznawać życie, ale również dlatego, że jest tak bezsensowna. Dlatego, że został zabity człowiek w wyniku ludzkiej bezmyślności, braku odpowiedzialności i brawury - mówi łamiącym się głosem idący na pogrzeb starszy pan.
Po artykule "Żyją w biedzie" (nr 41), w którym opisaliśmy trudne życie wielodzietnej rodziny z Bugaju w Starachowicach, w redakcji TYGODNIKA rozdzwoniły się telefony. Dzwonili Czytelnicy poruszeni losem 11-osobowej rodziny. Proponowali pomoc. Dzięki ich wielkiemu sercu pani Małgorzata dostała najbardziej potrzebne rzeczy. Ma już wersalkę, pralkę i łóżeczko dla najmłodszego dziecka. Niestety, do łóżeczka brakuje materacyka, więc 10-miesięczna Madzia nie może jeszcze w nim spać. Nadal potrzebne są ubrania dla dzieci, przybory szkolne i artykuły żywnościowe. Nie ma też opału na zimę.
- Może uda mi się kupić jakąś ilość opału, ale na pewno będą problemy z transportem, więc gdyby ktoś mógł mi taki zapewnić nieodpłatnie, byłbym bardzo wdzięczny - mówi pan Robert.
Odzew na apel o pomoc dla rodziny z Bugaju był duży. To znak, że w naszych stronach są ludzie, którzy chcą pomóc innym, znajdującym się w trudniejszej sytuacji. Często też jest tak, że jakaś rzecz jest nam zbędna, a komuś bardzo może się przydać. Proponujemy, aby ci, którzy mogą zaoferować jakąkolwiek pomoc, informowali nas o tym. Będziemy pośredniczyć, publikując na naszych łamach informacje o oferowanej pomocy. Dobroczyńców zapraszamy do TYGODNIKA! Starachowice, ul. Lipowa 29, tel. 274-83-34.
W jednym z lipcowych opowiadań pana Aleksandra Pawelca Czytelnicy Tygodnika zapoznali się z atutami położenia i krótką historią rozwoju przestrzennego Starachowic. Stali Czytelnicy wiedzą, że Pan Aleksander niejednokrotnie pisał o wydarzeniach w dziejach naszego miasta, które złożyły się na obecny starachowicki krajobraz.
Kontynuując ten temat zostałem poproszony przez Pana Pawelca i Redaktora Babickiego o krótką opinię z "architektonicznego" punktu widzenia. Po kilkunastoletniej obserwacji, nauce na wydziale architektury oraz po przeanalizowaniu dostępnych źródeł planistycznych i bibliograficznych pokusiłem się na napisanie kilku subiektywnych uwag o starachowickiej architekturze i urbanistyce.
Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że Starachowice są wspaniale położone. Urozmaicona dolina Kamiennej, rzeźba terenu, bliskość Gór Świętokrzyskich, a także sąsiedztwo dwóch kompleksów leśnych - Puszczy Świętokrzyskiej i Lasów Iłżeckich - sprawia, że takiej lokalizacji może pozazdrościć nam nie jedno miasto. Oczywiście, takie położenie w pewien sposób hamuje terytorialny rozwój miasta (brak wolnych terenów pod zabudowę różnego typu, o czym przekonały się np. władze strefy ekonomicznej).
Starachowice i ich mieszkańcy jeszcze nie wykorzystali atutów swojego przyrodniczego położenia. Odnoszę również wrażenie, że większość starachowiczan nie uświadamia też sobie tego, jakie dziedzictwo zostawili nam przodkowie.
Zakłady przemysłowe
Cieszy fakt, że udało się udostępnić Wielki Piec - "namacalny" fragment przemysłowej historii miasta. Istnieje szansa, że będzie to jedno z ciekawszych muzeów w regionie. Niestety, są obiekty przemysłowe, które niszczeją lub wręcz znikają z krajobrazu miasta: zniszczony pożarem budynek dyrekcji przy Wielkim Piecu, Fabryka Fornierów przy ul. Iłżeckiej, rozbiórka elektrociepłowni (a są przykłady, gdzie takie poprzemysłowe wnętrza wykorzystuje się na hale targowe, sportowe, galerie sztuki lub dyskoteki).
Moim ulubionym budynkiem architektury przemysłowej jest podstacja energetyczna dla pierwszej w Polsce napowietrznej linii przesyłowej wysokiego napięcia przy ul. Kanałowej (najlepiej widoczna od strony Kamiennej). Jest to znamienny przykład klasy polskiej architektury dwudziestolecia międzywojennego.
Mamy też w Starachowicach przykład dobrej współczesnej architektury przemysłowej - fabrykę bielizny. Ostatnio zaprezentowano ją w fachowym czasopiśmie architektonicznym.
Kolonie robotnicze
Świadczą one o wysokiej kulturze projektowania zarówno w skali architektonicznej, jak i urbanistycznej. Przytoczę tu zdanie Ewy Pustoły-Kozłowskiej, która napisała obszerny artykuł o starachowickich koloniach: (...) "Pojawiająca się zabudowa mieszkaniowa reprezentuje typowe dla danego okresu tendencje i style w budownictwie zakładowym. Zgromadzone na niewielkim obszarze Starachowic przykłady tej zabudowy są materialnym zapisem historii, historii kultury materialnej i socjologii tego miasta".
Mamy przykład budownictwa: historyzującego (domy dyrektorskie przy ul. Krywki); o konstrukcji ryglowej - przy ul. Krywki (nietypowego na tych terenach, bo pozostawionego przez trzy lata panowania Austriaków); tzw. stylu narodowego (dworkowa architektura kolonii robotniczych i urzędniczych). Osiedla nawiązywały do modnej wówczas idei migrodów.
Lata się zmieniają, podobnie potrzeby ludzkie. Dlatego wytłumaczalne są przebudowy poprawiające funkcjonalność mieszkań. Niestety przeobrażenia zewnętrzne są często za daleko idące lub nieumiejętnie wykonane przez projektantów i właścicieli. Zasługujące na krytykę, moim zdaniem są: malowanie elewacji i remonty dachów "każdy na swój sposób" (ul. Poznańska), obwieszanie budynków talerzami anten satelitarnych (ul. Parkowa), zasłaniające ryglową konstrukcję ocieplenia oraz nieestetyczna wymiana okien budynków przy ul. Krywki, różnorodność rozbudowy domów przy ul. Partyzantów. Należy również zinwentaryzować i skatalogować baraki na Bugaju zanim zostaną spalone lub wyburzone na potrzeby strefy.
Uważam, że za wszelką cenę należy dbać o zespoły zabytkowych domów mieszkalnych powstałych w pierwszym trzydziestoleciu XX w. Powinna być maksymalnie rozszerzona kuratela wojewódzkiego konserwatora zabytków i współdziałanie służb miejskich.
Osiedla powojenne
Pierwsze bloki powstały jeszcze przed 1939 rokiem (dokończone podczas wojny). Są to ciekawe architektonicznie budynki przy ul. Konstytucji 3 Maja i Partyzantów (poczta, dawny dom partii i następny mieszkalny).
Na przełomie lat 40 i 50 Starachowice doczekały się planu rozbudowy. Patronat nad projektem objęła para największych polskich urbanistów, Hanna Adamczewska i Kazimierz Wejchert.
Głównym założeniem projektu było powstanie opartego na Alei na Skarpie (dziś ul. Staszica) i Alei pod Skarpą (dziś Al. Armii Krajowej). Miał powstać nowatorsko rozwiązany, dwupoziomowy plac. Jego niecodzienność polegała na tym, że bardziej reprezentacyjną formę miał przybrać górny plac z budynkiem ratusza i białą, pionową wieżą zegarową kontrastującą z brunatno-czerwonym poziomym pasem skałek. Z górnego placu miał się roztaczać widok na niżej położoną część miasta i główne pasmo Gór Świętokrzyskich. Dolny plac (dzisiejszy "Manhattan") wkomponowany był w śródmiejski pas zieleni od parku aż do doliny Młynówki.
Z planów tych zostały zrealizowane: osiedle Majówka (przy Staszica) oraz osiedle przy Żeromskiego (wówczas zwane Nowym Wierzbnikiem). Uważam, że są to pod względem architektoniczno-urbanistycznym najlepsze osiedla w Starachowicach. Ciekawe jest jeszcze - nieco późniejsze - osiedle punktowców przy ul. Harcerskiej. Kolejne lata PRL-u przynosiły coraz gorszą jakość planowania miasta.
Wielokrotnie poruszany wówczas temat kształtowania panoramy miasta nie sprawdził się. Efektownie wyglądające os. Wzgórze co prawda zasłoniło fabrykę, ale przytłoczyło kameralną zabudowę znajdującą się poniżej (a były plany wyburzenia kolonii robotniczych). Osiedla Szlakowisko, Skarpa i Skałka wyglądają z południowej części miasta jak jedno ciągłe blokowisko . Wyjątkiem są "kliny" parku miejskiego i małomiasteczkowej zabudowy Wierzbnika. Zapowiadane w latach 70-tych wprowadzenie akcentów pionowych rozbijających tę monotonię pogorszyło ten widok. Mam na myśli wieżowce: przy ul. Lipowej, Granicznej (bloki - szafy z wielkiej płyty pogłębiają efekt blokowiska). Na szczególne potępienie zasługuje pomysł i realizacja wieżowca przy Al. Armii Krajowej 4, która zniszczyła skalę zabudowy starego miasta i kościoła w Wierzbniku . Osiedla te - jako takie - nie są najgorsze, zważywszy na technologie w jakich były budowane. Taka panowała moda i takie były realia. Można mieć pretensje, że projektanci bloków przy ul. 9 Maja nie "dowiązali" się do zabudowy os. Majówka. Natomiast na ul. Granicznej układ wieżowców sprawia, że zawsze wieje tam wiatr.
O wiele lepiej prezentuje się os. Południe. Bloki są niższe, a przestrzenie bardziej kameralne. Niestety zła technologia spowodowała, że dosyć ciekawe budynki z cegłą na elewacjach trzeba ocieplać i tynkować. Najnowszy, z hukiem oddany do użytku blok przy ul. Kopalnianej jest nieciekawy i nie zasługuje na uwagę.
Budownictwo indywidualne
Wygląd domu jednorodzinnego zależy od potrzeb, zamożności, gustu inwestora czyli właściciela i przyszłego mieszkańca. Zależy też od wyczucia estetycznego architekta i budowniczego. W Starachowicach są domy piękne (w mniejszości) jak i brzydkie (w większości). Rozkwit szkaradnych budynków nastąpił w latach 70-tych i 80-tych (kiedy panowała moda na domy-kostki z białych pustaków). Jeżeli jest to osiedle (jak Wierzbowa) to pół biedy, zdecydowanie gorzej, gdy taki dom znajduje się w otoczeniu zabudowy o innym charakterze (np. przy Piłsudskiego 23, 24, 46c, Iłżeckiej 11). W dzisiejszych czasach również spotykamy brak wyczucia (dwa domy w Rynku 15 i 16, obecna nadbudowa domu Rynek 14). Najbardziej drastyczny przykład zestawienia różnych form znajdziemy przy ul. Piłsudskiego: nowy pawilon motoryzacyjny, przedwojenny budynek ze ślepymi ścianami i nowy dom z wieżyczką. Tak się nie buduje w środku miasta! .
Zastrzeżenia mam do wszelkich sobiepańskich budów i przeróbek (nadbudowy niezgrane np. z parterem czy z sąsiadem, wymiany okien o innych formach niż były wcześniej oraz jaskrawe kolory fasad itp.). Odnosi się to przede wszystkim do zabudowy w Wierzbniku, ale również do Orłowa, Starachowic Dolnych i wspomnianych wcześniej osiedli robotniczych (ul. Partyzantów).
Budownictwo użyteczności publicznej
W tej klasie budynków najlepszą klasą projektów ponownie wyróżniają się obiekty z lat 20-tych, 30-tych i 50-tych.
Są to obiekty z okresu budowy osiedli robotniczych: willa dyrektora Fabryki Amunicji (tzw. pałacyk), willa dyrektora Lasów Starachowickich (tzw. hufiec), remiza (tzw. Strażak), szpital (ongiś przychodnia przy ul. Krywki), budynek dyrekcji zakładów oraz spalony, wspaniały, drewniany kościółek przy ul. Radomskiej. W zdecydowanej większości są to dzieła architekta Jana Borowskiego.
Warto zwrócić uwagę na: przedszkole przy ul. 1 Maja (przed wojną Ogród Jordanowski), szkołę przy ul. Kieleckiej, budynek Domu Społecznego - dziś SCK (budowę zaczęto w 1939 roku; przykład tzw. funkcjonalizmu), szpital miejski (budowę zaczęto również przed wojną; przykład tzw. post-funkcjonalizmu).
Z powojennych realizacji należy odnotować jako ciekawsze architektonicznie realizacje: urząd miejski, technikum przy ul. 1 Maja, przychodnia przy ul. Mickiewicza, dworzec kolejowy (kiedyś przeszklony - dziś obraz nędzy PKP), budynek Pedet-u, budynek Banku Śląskiego, szkoły podstawowe (nr 1, 5, 9),a także trzy podobne do siebie pawilony przy ul. Lipowej, Murarskiej i Miodowej (porównując ze współczesną "mizerią"). Z czasów nam współczesnych na pochwałę zasługują dwie renowacje: budynek nadleśnictwa przy ul. Krywki (najlepsze co ostatnio widziałem w Starachowicach!) oraz pawilon Karat (dawniej sklep meblowy). Niezłe są: nowy budynek szkoły ZDZ (choć niedobrze jest rozwiązany dojazd na wysokim nasypie, a przez to brak połączenia z ul. Kościuszki), a nawet - jak na polskie realia - market na os. Południe (choć za blisko istniejącej zabudowy). Mnie urzekło to, że ze sklepu przez duże okno zobaczyłem kościół, lasy i Góry Świętokrzyskie (znaczy, że projektanci potrafili to wykorzystać).
Niestety, ostatnio powstaje więcej budynków nieudanych. Zacznę od mniej nieudanych. Za takie uważam: rozbudowę hotelu Senator (bez wyczucia do istniejącego budynku, a także kiczowate mozaiki na elewacji), budynek naprzeciwko hotelu - w miejscu zabytkowego, rozebranego budynku (nie odzwierciedla charakteru budynku wcześniej tu istniejącego), pawilony handlowe przy policji (a to ze względu, że są ciągle w budowie oraz za karygodny dojazd i parking!).
Do grupy "gorszych" budynków zaliczam: biurowiec strefy ekonomicznej - tzw. "żółtek" (w planach miał być to 12-to albo i więcej kondygnacyjny biurowiec, miał być to jeden ze wspomnianych akcentów pionowych sylwetki miasta - obecnie istniejący kilkupiętrowy budynek jest z tego powodu nieproporcjonalny, do tego dochodzi nieestetyczna, żółta fasada pooblepiana jeszcze bardziej nieestetycznymi reklamami), dawne kino "Robotnik" (pudło ze ślepymi ścianami jako wizytówka miasta - ostatnio pomalowane na jaskrawy kolor), budynek telekomunikacji, renowacja pawilonu handlowego na rogu ul. Hutniczej i Radomskiej (również jaskrawy kolor i nowa kondygnacja ukryta w pokracznym dachu). Inne cuda to markety: przed urzędem miejskim oraz przy ul. Hutniczej (proszę popatrzeć jakie są okna od strony ulicy!). Dobrze, że najnowsza realizacja jest mniej eksponowana. Skandalem wizualnym jest natomiast nowy budynek do sprzedaży mięsa na targowisku. Przypomina bardziej chlew niż pawilon na targowisku 60-tysięcznego miasta w centrum Europy!.
Architektura sakralna
Najcenniejszym zabytkiem jest oczywiście kościół p.w. Św. Trójcy w Wierzbniku.
Najbardziej interesującym ze współczesnych starachowickich obiektów kultu religijnego jest kościół na os. Południe. Ciekawa jest rozbudowa kościoła w Wierzbniku (umiejętnie wkomponowana patrząc z Rynku, a w pozostałych widokach podkreśla wieżę kościoła). Nie razi mnie krytykowany kościół przy ul. Radomskiej. Mimo zarzutów, że jest to "pudło" - ma dobre proporcje, wysoki akcent dzwonnicy i nawiązujące do całości szczegóły (obawiam się o efekt obecnie trwającej nadbudowy). Mniej udane są: kościół na Majówce (zwłaszcza dzwonnica) oraz kościół przy ul. Nowowiejskiej (połączenie świątyni i domu parafialnego).
Centrum
Nie sposób nie wspomnieć o starachowickim centrum. Jakie jest - każdy widzi. Prowizoryczne budy, garaże, baraki, parkingi (na rozsypanym żużlu). Nie jest to - delikatnie mówiąc - najlepsze świadectwo o włodarzach, ale i o mieszkańcach miasta. Najważniejsze budynki (które mogłyby stworzyć centrum) porozrzucane są po różnych częściach miasta. Np. gdzie jest urząd pracy? Gdzie jest urząd skarbowy? A gdzie prokuratura? Są to obiekty powstałe (przerobione) w ciągu trzech ostatnich lat, a o centrum mówi się od kilkudziesięciu!
Odnosząc się jeszcze do planowania ogólnomiejskiego, napiszę o dwóch - moim zdaniem - zasadniczych błędach. Pierwszy to umieszczenie w dolinie Kamiennej, w rejonie Piachów zabudowy przemysłowej (i mieszkaniowej też). Proszę zauważyć, że stanowi ona barierę w ważnym (poprzecznym do doliny rzeki) ciągu ekologicznym między dwoma kompleksami leśnymi (a były plany zasypania Piachów). W ogóle nie podoba mi się pomysł lokowania pomiędzy linią kolejową a rzeką wszelkich składowisk i zakładów metalowych powstałych w ostatnich kilkunastu latach (złomowiska, składy budowlane, itp.). Podróżni podziwiają te widoki. Drugi przykład to przerwanie miejskiego systemu zieleni (od stawu przez park do skałek w centrum, a może i dalej...). Była sobie kiedyś górka (wspaniały widok) u zbiegu ul. Na Szlakowisku i al. Armii Krajowej, jednak "ktoś" postanowił rozparcelować ten teren...
Ludzie nie zdają sobie sprawy, że otaczająca nas przestrzeń jest dobrem wspólnym i świadczy o nas samych. Niestety, jest to problem ogólnonarodowy - do zauważenia również w Starachowicach. Nasze miasta i wsie zostały zaśmiecone byle jakim budownictwem. Dla przestrzeni zło zaczęło się w dobie PRL-u: unifikacja zabudowy z elementów płytowych (gdzie liczyła się tylko ilość a nie jakość), natomiast budownictwo indywidualne zostało zarzucone tysiącami jednakowych kostek niezależnie od położenia w kraju. Równie niedobry okres dla architektury nastąpił po tym jak Polacy zachłysnęli się wolnością i prywatą. Wydaje się że wszystko im wolno.
Mimo wszystko warto walczyć o wygląd miast i wsi. Aby to robić, należy działać przede wszystkim . Dlatego należy organizować jak najwięcej konkursów architektonicznych (budynki i obiekty publiczne) i urbanistycznych (zagospodarowanie terenu w kluczowych obszarach). A całe miasto (gmina) powinno być pokryte miejscowymi planami zagospodarowania przestrzennego. Ktoś powie: na to potrzeba pieniędzy. Wydaje mi się że jest to mały procent rozsądnego budżetu miejskiego (gminnego). Każdy dobrze wie, by mieć ładniej w domu trzeba z domowego budżetu wygospodarować jakieś pieniążki na ten cel.
Czego malowniczo położonym Starachowicom - jak i również dobrych projektów - z całego serca życzę.
Z udziałem przedstawicieli władz samorządowych miejskich i powiatowych oraz oświatowych w piątek (12 października) uroczyście oddano do użytku nowy budynek Zakładu Doskonalenia Zawodowego w Starachowicach.
Uczniowie otrzymali do dyspozycji przestronne, widne sale wykładowe, bibliotekę z czytelnią i dwie sale komputerowe. W budynku powstanie również kafejka internetowa z zapleczem gastronomicznym. Na wyposażenie czeka jeszcze kuchnia. Gotowa jest już stołówka, ogromna szatnia dla gości i szatnia dla uczniów, w której dla każdego przygotowana została zamykana na klucz szafka. Budynek ma ponad 3.400 metrów kwadratowych powierzchni całkowitej. Powierzchnia użytkowa trzykondygnacyjnego budynku wynosi 2.556 metrów kwadratowych. Mimo dużej powierzchni zgubienie się w labiryncie korytarzy nie jest możliwe. Zapewniają to umieszczone na ścianach opisy.
Budowa do stanu surowego kosztowała 8,5 miliona złotych!
- Jeszcze nie wszystkie sale są kompletnie wyposażone. Uzupełnianie wyposażenia trwa - powiedział Jerzy Wątroba, prezes ZDZ w Kielcach, gość uroczystości. - Pieniądze na budowę zostały wypracowane przez Zakład. Złożyły się na nie czesne płacone przez uczniów i dofinansowanie przyznawane na jednego ucznia. Przy dobrym gospodarowaniu pozwala to na prowadzenie inwestycji. W ciągu kilku ostatnich lat udało nam się wyremontować budynki Zakładów Doskonalenia Zawodowego w Kielcach, Końskich, Włoszczowie. Na przyszły rok planujemy remont drugiego budynku w Kielcach - dodał.
Oddanie do użytkowania budynku szkoły oznacza zakończenie pierwszego etapu inwestycji. Dwa kolejne, których realizacja zależy od posiadanych pieniędzy, to budowa hali gimnastyczno-sportowej, z której korzystaliby również mieszkańcy okolicznych bloków i budowa hotelu dla potrzeb uczniów hotelarstwa.
Uroczystego przecięcia wstęgi dokonali wspólnie Jerzy Wątroba i Janusz Wierzbicki, prezydent Starachowic. Uroczystość była okazją do wręczenia odznaczeń osobom najbardziej zasłużonym dla powstania budynku. Medal przyznany przez Ministra Edukacji Narodowej wręczyła Jerzemu Wątrobie wicewojewoda Maria Zuba, z kolei odznaczenia "Zasłużony dla ZDZ" z rąk Jerzego Wątroby otrzymali: Janusz Wierzbicki, posłanka Maria Stolzman, dyrektor ZDZ-tu w Starachowicach Liliana Gorzkowska. Odznaczenie to przyznano również Zenonowi Krzeszowskiemu, byłemu prezydentowi starachowic, który nie był obecny na uroczystości.
W budynku przy ulicy Wojska Polskiego mieszczą się: Technikum Zawodowe, Zasadnicza Szkoła Zawodowa, Liceum Ogólnokształcące dla Dorosłych (po szkołach podstawowych), Liceum Ogólnokształcące dla Dorosłych (po Zasadniczej Szkole Zawodowej), Technikum Zawodowe dla Dorosłych oraz Policealne Studium Zawodowe dla Dorosłych.
Rozmowa z Henrykiem Bartosikiem, kierującym Teatrem Muzycznym "Nad Kamienną", który działa już 10 lat w Starachowickim Centrum Kultury.
Pod koniec września odbył się koncert jubileuszowy zespołu z okazji okrągłego jubileuszu. Był on dedykowany pamięci choreografa Tadeusza Suchodolskiego. Kim był dla was?
- Chcieliśmy uczcić pamięć Tadeusza, z którym związani byliśmy od początku naszego istnienia. Był naszym choreografem przez osiem lat. To był niezwykle miły człowiek. Pochodził z Ostrowca. Pracował już w latach 60-tych w fabrycznym Zespole Pieśni i Tańca. W balecie tańczyły także jego żona i córka. Był bardzo towarzyski, dowcipny, przemiły dla otoczenia i do tego bezkonfliktowy. Przez 4 lata zmagał się z nowotworem prostaty. Nie zarzucił jednak prób z nami. Nieraz widziałem, że zaciskał zęby z bólu, ale pracował. Nie poddawał się chorobie.
Jak doszło do powstania Teatru Muzycznego "Nad Kamienną"?
- Rozwiązany został działający przez wiele lat Zespół Pieśni i Tańca przy Zakładowym Domu Kultury FSC. Przez kilka lat była pustka. Po zespole została grupka ludzi, którzy chcieli coś robić. Nie mogli się pogodzić z życiem bez zespołu. Tańczyli tyle lat. Mieli własne kompozycje muzyczne, piękne kostiumy.
A do założenia nowego zespołu namówił nas właśnie Tadeusz. Był jeszcze z nami Jerzy Kopeć - tancerz. Ja z kolei wróciłem do Starachowic po 10-letniej działalności w wojskowych zespołach artystycznych. Trochę nie wierzyliśmy, że się uda. Ale we trzech zaczęliśmy chodzić po znajomych i namawiać ich. Udało się stworzyć trzy pary. Dołączyła do nas Henryka Zalewska, Małgorzata Dziamka, Małgorzata Wyderska, Waldemar Wojtczak, Ryszard Chrząstek. Śpiew - Elżbieta Tokarska i ja. Grali Wiesław Bochra i Konrad Sałek. Tadeusz zajmował się stroną choreograficzną. Ja pisałem scenariusze i byłem opiekunem artystycznym. Spotykaliśmy się, dzięki uprzejmości pana Pecelta w Domu Nauczyciela.
Jaki był pierwszy koncert zespołu?
Pierwszy koncert naszego zespołu odbył się z okazji Dnia Nauczyciela i był to starowarszawski obrazek według Leona Schillera. Sami szyliśmy kostiumy. Po tym koncercie zainteresował się nami Marek Roguski i zaproponował przejście do Domu Kultury. Pamiętam, że chcieliśmy zorganizować inscenizację "Jasełek". Miało to być wspaniałe przedstawienie z dużą obsadą. Chcieliśmy wystawić Jasełka z uczniami. Pracowaliśmy przez dwa miesiące. Trudno jednak przygotować do występu osoby, które nie miały kontaktu ze sceną. Więc uczyliśmy te dzieci rytmiki, odtwarzania ról i innych podstawowych spraw związanych z występowaniem na scenie. W końcu jednak zrezygnowaliśmy. Ty było zbyt trudne do przygotowania w tak krótkim czasie.
Jaki jest teraz skład zespołu?
Jest sześć par tanecznych, pięciu solistów i trzyosobowa kapela (gitara, akordeon, skrzypce, klarnet, bębny). To skład optymalny. Jesteśmy w stanie wystawiać długie - do dwóch godzin - widowiska. Organizacyjnie jest to również dogodność, bo już busem możemy dojechać bez problemu. Mamy bardzo solidne, baletowe przygotowanie. Formę szlifujemy raz w tygodniu. Próba trwa cztery godziny. Jednak najlepiej, gdyby ćwiczenia odbywały się dwa razy tygodniowo. Jesteśmy w końcu amatorami, więc musimy ciągle utrwalać i przypominać sobie zdobyte już umiejętności. Zawodowcy ćwiczą codziennie po osiem godzin. Pracuje z nami dwóch choreografów. Jeden to Witold Zapała pracujący dla Mazowsza, a drugi to Janusz Dąbrowski - solista i choreograf z operetki warszawskiej. Nawet niewielkie pieniądze wystarczyłyby na finansowanie drugich zajęć w ciągu tygodnia. Bardzo by się one przydały.
Jesteście artystami, a zawodowo?
Z zawodu jestem piosenkarzem. Pracuję w Warsztatach Terapii Zajęciowej, gdzie prowadzę muzykoterapię dla osób z I grupą inwalidzką. Moi koledzy i koleżanki z zespołu reprezentują różne profesje. Jest nauczyciel, księgowa, bankowiec, konserwator zabytków, kupiec, biznesman. Jest też emeryt i bezrobotny. Członkowie zespołu to ludzie z temperamentem, weseli. Przyznam, że sporo się kłócimy na tematy związane z pracą zespołu, ale szybko też się godzimy. Mówimy o sobie, że jesteśmy zespołem oldboyów. Średnia wieku to 40-50 lat. Czas biegnie i obawiam się, że w takim składzie będziemy występować jeszcze przez jakieś pięć lat. Szukamy następców. Najbardziej zainteresowani jesteśmy młodzieżą ze szkół średnich.
Jaki macie repertuar?
Mamy kilka programów. Celujemy w programie ludowym z pieśniami i tańcami z naszego regionu. Mamy też obrazek niepodległościowy z tańcami w strojach ułańskich, program retro z piosenkami z okresu 20-lecia międzywojennego., biesiadę narodów i folklor miejski. W planach są utwory góralskie. W garderobie od lat wiszą przepiękne stroje góralskie, które nie są wykorzystywane, stąd ten pomysł...
Występujecie...
Przeważnie w mieście, na scenie SCK-u. Jesteśmy też zapraszani na przeróżne imprezy. Gramy m.in. na Dymarkach. Corocznie występujemy na Dniach Kędzierzyna-Koźla. Reprezentowaliśmy też nasze województwo w Brukseli na Targach Międzynarodowych. Tam pewna księżna, która emigrowała z Polski zaraz po wyzwoleniu, tak upodobała sobie nasze występy, że uprosiła nas o kasetę z naszymi nagraniami. Przyznam, że chcielibyśmy więcej występować. Brakuje nam stałego repertuaru występów, w sporej części są one dziełem przypadku. Myślę, że byłaby to doskonała promocja naszego miasta. Być może uda się nawiązać kontakt z radiem w Chicago...
Macie fanów?
Tak. Jest grupa osób, które jeżdżą na nasze koncerty. Są też tacy, którzy proszą nas o autografy. To trochę krępujące. Korzystając z okazji chciałbym podziękować starachowiczanom, że tak licznie przychodzą na nasze występy.
Nowotki to jedna z najstarszych ulic w mieście. Po siedmiu latach starań doczekała się nowej nawierzchni - mówił radny Stanisław Sałata, który zabiegał o ten remont.
11 października oddana została do użytku ulica Nowotki w Starachowicach. Kosztowała prawie 154 tysięcy złotych, z czego 73 tysiące to dotacja z budżetu państwa przyznawana na dofinansowanie inwestycji infrastrukturalnych realizowanych w systemie robót publicznych. Prace zaczęły się pod koniec lipca, a zakończone zostały 3 października. Z betonu asfaltowego wykonana została nawierzchnia ulicy, a z polbruku jednostronny chodnik. Przy zbiegu ulicy Nowotki z Marszałka Piłsudskiego wykonane zostało odwodnienie. Wybudowany został również wjazd asfaltowy do przyszłej drogi pożarowej przy budynku wielorodzinnym przy ul. Na Szlakowisku.
- Ulica była trudna do wykonania ze względu na to, że jest ona ślepa, nieprzelotowa. Występuje na dużym spadku terenu zarówno poprzecznym, jak i podłużnym. Cieszę się, że część funduszy udało się pozyskać z budżetu państwa. Inne inwestycje, na przykład z zakresu ochrony środowiska również chcemy realizować w ten sposób - powiedział Janusz Wierzbicki, prezydent Starachowic.
Kapitalnego remontu doczekała się również ulica Stalowa w Starachowicach, gdzie prace prowadzone były w okresie letnim - od 16 lipca do 31 sierpnia. Rozebrana została stara nawierzchnia, wymienione zostały krawężniki, wykonano nową podbudowę i położono na całej długości 492 m nawierzchnię bitumiczną. W ramach remontu odwodnione zostało również skrzyżowanie ulic: 1 Maja, Stalowej i Stromej. Koszt prac wyniósł 430 tysiące złotych.
- W związku z wykonanymi robotami nawierzchniowymi zaszła potrzeba przełożenia chodnika z płytek po stronie prawej od ulicy Bema. Po stronie lewej Zakład Robót Publicznych wykonuje obecnie chodnik z kostki brukowej - powiedziała Maria Derra, naczelnik wydziału Gospodarki Komunalnej, Lokalowej i Dróg.
W rzece Kamiennej leżała paczka z nieznaną zawartością. Rozszyfrowywaniem zagadki zajęli się strażacy i policjanci.
3 października oficer dyżurny Komendy Powiatowej Policji w Starachowicach otrzymał zgłoszenie, że w Kamiennej leży szczelnie zamknięta paczka. Policjanci musieli sprawdzić najbardziej makabryczne domysły na temat jej zawartości. Paczka spoczywała na dnie rzeki poniżej stawu w Starachowicach Dolnych. Jej wydobyciem zajęła się ekipa strażaków z Komendy Powiatowej Państwowej Straży Pożarnej. Pakunek przekazany został policji.
- Mieliśmy podejrzenie, że w środku znajdują się poćwiartowane zwłoki albo ciało małego dziecka. To była najbardziej czarna wersja. Na szczęście okazała się nieprawdziwa. W paczce były kamienie i szmaciana lalka. Kto sporządził taki pakunek i w jakim celu go zatopił, tego już się nie dowiemy - poinformował Robert Stański, rzecznik prasowy KPP w Starachowicach.
Ostaszków to miejscowość między Moskwą a Petersburgiem, w okolicy pełnej jezior i bagien. Przepływająca tu rzeka tworzy wielkie rozlewisko, zwane jeziorem Selinger, pośród którego znajduje się uformowana przez naturę wyspa. Na tej wyspie, z dala od pokus współczesnego świata i ludzkiego zgiełku, braciszkowie zakonni zbudowali kiedyś zespół klasztorny. Gdy zaczęto przywozić tu polskich jeńców, przebywało w nim jeszcze dwóch zakonników, zmuszanych do wykonywania robót asenizacyjnych.
"Po przewiezieniu na tę wyspę - mówi Tadeusz Bilski - zostaliśmy rozmieszczeni w dużych celach poklasztornych, w każdej po około czterdziestu osób. Było tu już wielu polskich jeńców - oficerów, żołnierzy, strażników KOP, junaków z hufców pracy, a przede wszystkim policjantów. Po wyspie mogliśmy się swobodnie poruszać, do jedzenia na obiad otrzymywaliśmy najczęściej kaszę z olejem, na śniadania i kolacje po porcji chleba, a raz na parę dni trochę cukru i suszonej herbaty. Znajdował się tam kantor, w którym można było sprzedać posiadany jeszcze pierścionek lub zegarek. Jeńcy, uzyskując w ten sposób przychody, zamieniali pieniądze w miejscowym sklepiku na tytoń, cukierki lub suszoną kiełbasę. Była tu także izba chorych, obsługiwana przez jeńca - felczera. Brakowało w niej niestety lekarstw i narzędzi chirurgicznych. Zetknąłem się z tą placówką, gdyż rana na nodze, odniesiona pod Jarosławiem, poczęła się odnawiać i gangrenować. Zapamiętałem, jak kazano kiedyś naszym junakom ścierać w cerkwi malowidła ścienne, a oni je odmyli, że wyglądały jak nowe. W murze okalającym klasztor była data 1863, co kojarzyło nam się z powstaniem styczniowym, tym bardziej, że spotykało się tu potomków Polaków - zesłańców."
Jeńcy w Ostaszkowie byli wielokrotnie przesłuchiwani przez oficerów NKWD, którymi byli przeważnie ludzie młodzi, mówiący płynnie po polsku. Wypytywali czym się kto zajmował przed wojną, nakłaniali niektórych do pozostania w ZSRR, w pewnych chwilach potrafili być koleżeńscy i bezpośredni. Było widoczne, że najbardziej krytyczny stosunek mają do polskich inteligentów i policjantów. Toteż wśród jeńców panowała opinia, że oni właśnie mają najmniejsze szanse na szybki powrót do domu. Tego najgorszego nikt oczywiście nie przewidywał. Jeńcy byli zatrudniani zwłaszcza przy rozładunku drewna z barek i do przecierania go na mniejsze kawałki, służące potem do opalania pomieszczeń. Co pewien czas przerzucano ich z jednego pomieszczenia do innego, przydzielano do innych zespołów osobowych, co miało im utrudnić wzajemne poznanie i zżycie.
Na początku grudnia 1939 roku - jak wynika z relacji Tadeusza Bilskiego - wielu jego kolegów, wśród nich on sam, zostało zakwalifikowanych do powrotu do kraju. To znaczy do tej części kraju, która znajdowała się pod okupacją niemiecką. Wyjeżdżających pozbawiono wcześniej pieniędzy, papierów osobistych i listów, słowem tego wszystkiego, co mogło potem ułatwić poznanie ich przeżyć i innych szczegółów pobytu w obozie.
Podróż z Ostaszkowa do Brześcia nad Bugiem, gdzie znajdowało się przejście graniczne, trwała około tygodnia. Każdy z wagonów mieścił mniej więcej czterdziestu ludzi, cały transport około pięciuset. Wśród powracających nie było oficerów i policjantów.
Uwolnieni spędzili na stacji granicznej szereg następnych dni, gdyż strona niemiecka nie posiadała potrzebnej ilości wagonów do ewakuacji i robiła trudności z przejęciem tak znacznej rzeszy byłych wojskowych. Po przepuszczeniu ich na drugą stronę kordonu, zostali umieszczeni w zabudowaniach lotniska w Małamierzycach pod Terespolem. Wielu z nich zdołało stąd potem uciec. Byli to zwłaszcza ci, którzy w różny sposób zdobyli cywilne ubrania. W gronie uciekinierów znalazł się kapral Tadeusz Bilski.
W czasie okupacji hitlerowskiej był on żołnierzem ZWZ/AK, potem WiN. W Narzędziowni starachowickiej FSC przepracował jako wytaczarz kilkadziesiąt powojennych lat. Podczas rozmowy udostępnił mi do wglądu m.in. kserokopię pamiętnika, pisanego w Ostaszkowie przez Stanisława Nowaka spod Opatowa. Stanisław Nowak był wówczas także jeńcem Ostaszkowa.
Obok nazwiska piłkarzy Staru noty (od 0 do 10) za grę w meczu
3 min. Szarża Dariusza Anduły kończy się na obrońcach Świtu. 6 min. Strzał z dystansu Piotra Gizy mija bramkę Styczyńskiego. 8 min. 1:0. Z lewej strony Piotr Wołoszyn ucieka obrońcom i mocno wrzuca w pole karne, z piłką mijają się obrońcy gości, a zamykający akcje Grzegorz Sykuła tuż przy słupku trafia do siatki. 13 min. Piotr Jawień strzela z 25 metrów, ale w środek bramki i Styczyński bez trudu łapie piłkę. 20 min. Znów Wołoszyn dokładnie zagrywa w pole karne do Darka Anduły ten zastawia ciałem piłkę robi zwód do linii i zostaje ewidentnie sfaulowany. Sędzia nakazuje grać dalej. 25 min. 2:0. Indywidualna akcja Jakuba Bilke, który w pełnym biegu mija trzech piłkarzy i z zimną krwią, tuż przy słupku podwyższa na 2:0. 31 min. 2:1. Kontaktowa bramka dla gości po błędzie obrońców i bramkarza Staru z bliskiej odległości Piotr Giza zdobywa gola. 44 min. Grzegorz Sykuła strzela mocno, ale w środek bramki. 47 min. Tomasz Siczek strzela z narożnika pola karnego niecelnie. 48 min. Strzał Jakuba Bilke mija bramkę Świtu. 51 min. 3:1. Zagranie Bilke do wychodzącego na czystą pozycję Dariusza Anduły, bramkarz mija się z piłką, napastnik Staru pięknym strzałem ponad bramkarzem i obrońcami gości zdobywa trzeciego gola. Po zdobyciu bramki piłkarze Staru robią "kołyskę" dla nowo narodzonej córki strzelca bramki. 62 min. Piotr Giza sprawdza Wojtka Styczyńskiego. Górą golkiper Staru. 64 min. Niewykorzystana przez Grzegorza Sykułę dogodna okazja. 66 min. Krzysztof Szumiec strzela z 16 metrów niecelnie. 68 min. 3:2. Rzut rożny dla Świtu, wrzutka w pole karne, Robert Cieciura wybija piłkę pod nogi Rafała Bursy, a ten stojąc na piątym metrze pokonuje Styczyńskiego. 73 min. Robert Cieciura strzela głową, ale niecelnie. 75 min. 4:2. Sławomir Grzesik wypuszcza Artura Andułę. Ten w sytuacji sam na sam zdobywa czwartego gola. 83 min. Grzegorz Sykuła po zagraniu od Piotra Wołoszyna w polu karnym, niepilnowany oddaje niecelny strzał. 90 min. Radość piłkarzy i kibiców Staru z trzeciego zwycięstwa w III lidze.
Nareszcie nasi piłkarze rozegrali dobry mecz i po ciekawym i emocjonującym niedzielnym spotkaniu pokonali Świt Krzeszowice.
Tak grających piłkarzy Staru zawsze życzyliby sobie kibice starachowickiej drużyny. Nareszcie nasz zespół zagrał na miarę swoich możliwości i zasłużenie pokonał wyżej notowany Świt Krzeszowice.
Już pierwsze minuty pokazały, że nasz zespół jest mocno umotywowany do walki i mądrze ustawiony taktycznie. Rośli piłkarze z Krzeszowic mogli w tym meczu ograniczyć się jedynie do niezbyt częstych kontr i strzałów z dystansu. Gdyby nasza obrona dwa razy nie popełniła szkolnych błędów, zespół Staru mógłby wygrać spotkanie bez straty gola.
Niedzielny pojedynek miał dwóch bohaterów: Dariusza Andułę, który od pierwszych minut brylował pod polem karnym przeciwnika i debiutującego Jakuba Bilke, od którego zaczynała się większość akcji "zielono-czarnych".
Starachowiczanie szybko objęli prowadzenie. Po rajdzie lewą stroną Piotra Wołoszyna i dokładnym, mocnym dośrodkowaniu w pole karne Grzegorz Sykuła zamykając akcję sprytnym strzałem tuż przy słupku dał Starowi prowadzenie. Po zdobyciu gola piłkarze Staru przycisnęli jeszcze mocniej i w 20. minucie, znów popularny "Pomidor" (taki pseudonim nosi wśród kolegów Piotr Wołoszyn) zagrał do stojącego w polu karnym Dariusza Anduły. Ten mądrze zastawił piłkę i obrońca Świtu mógł go tylko faulować. Co widzieli piłkarze i kibice przybyli na spotkanie nie widział sędzia tego spotkania i nie podyktował ewidentnej "jedenastki". Pięć minut później Star prowadził już 2:0 po doskonałej indywidualnej akcji Jakuba Bilke, który na pełnym biegu minął trzech piłkarzy gości i tuż przy słupku podwyższył wynik spotkania. Drużyna Świtu w tej części meczu zdołała jednak strzelić kontaktową bramkę, po - wydawałoby się niegroźnym - dośrodkowaniu z lewej strony. Bramkarz Staru i obrońcy odprowadzili piłkę wzrokiem, pozwalając na wpakowanie futbolówki do siatki przez stojącego na piątym metrze Piotra Gizę.
Po zmianie stron Star przycisnął, chcąc jak najszybciej rozstrzygnąć losy spotkania. Jednak strzały Tomasza Siczka, Jakuba Bilke i Artura Anduły były niecelne. Co nie udało się tym trzem piłkarzom, udało się wychowankowi Staru Dariuszowi Andule w 51. minucie meczu. Po zagraniu z środka pola wydawało się, że bramkarz Świtu bez kłopotów złapie piłkę naciskany jednak przez napastnika Staru wypuścił ją z rąk. Młodszy z braci Andułów niczym doświadczony snajper z dużym spokojem ustawił piłkę na nodze i technicznym lobem ponad bramkarzem i obrońcami gości trafił do siatki.
Po zdobyciu gola Star nieznacznie oddał inicjatywę w środkowej strefie boiska gościom i kilka razy po strzałach Gizy i Szumca Styczyński musiał interweniować.
W 70. minucie piłkarze Świtu wykonywali rzut rożny. Wysoko bita piłka spadła pod nogi Roberta Cieciury, który zaskoczony wyłożył ją do stojącego w polu karnym Rafała Bursy, ten - choć na raty - zdołał pokonać naszego golkipera.
Kibice Staru z niedowierzaniem kręcili głowami, obawiając się, że gol ten pobudzi gości do jeszcze śmielszych ataków.
Na szczęście złudzenia rozwiał tym razem Artur Anduła po dokładnym podaniu od Sławomira Grzesika zdobywając czwartego gola w 75. minucie. Do ostatnich minut Star już kontrolował sytuację na murawie i po ostatnim gwizdku arbitra zielono-czarni po raz trzeci mogli cieszyć się ze zwycięstwa w tej rundzie.
W ostatni weekend w radiu i telewizji wiadomości z frontu walki z terrorystami mieszały się z informacjami o Dniu Papieskim. Dzienniki pokazywały na przemian demonstracje islamistów, zgliszcza, biały turban ben Ladena i rozmodlone tłumy katolików, piękne kościoły oraz białą postać Jana Pawła II. Dziwny jest ten świat...
Politycy chrześcijańskiej części globu próbują przekonać swoich obywateli, że islam jako taki jest dobry, a niedobrzy są tylko islamscy ekstremiści. Nawet polski prezydent chodził na bosaka po meczecie. Wygląda jednak na to, że głaskanie muzułmanów na niewiele się zdaje. Wyznawcy Allacha w Ameryce i Wielkiej Brytanii mają coraz więcej kłopotów. Ich protestanccy i katoliccy sąsiedzi nie wzięli sobie do serca zapewnień władz, że nie może być mowy o odpowiedzialności zbiorowej za akty terroru. W innych krajach zachodniej cywilizacji zaczyna być podobnie. Połączony pajęczyną telewizyjnych satelitów świat codziennie ogląda "kwadranse nienawiści". Nie da się ukryć, że plemiona z "globalnej wioski" wykopały topory wojenne.
A papież od 23 lat powtarza wciąż to samo. Przypominane przez telewizję przemówienia np. z 1983 są tak aktualne, jakby powstały w reakcji na wydarzenia w Nowym Jorku A.D. 2001. Biskupi ogłaszając Dzień Papieski zachęcali do lektury homilii Jana Pawła II i przemyśleń nad nauczaniem papieża. Słusznie. Co i raz upewniam się, że żadna mądrzejsza i kojąca ducha literatura nie pojawiła się w ostatnich dziesięcioleciach na księgarskim rynku.
W rozmowach przechodniów, jak dawno nie bywało, pojawia się tematyka międzynarodowa. Do codziennych lęków dołącza strach przed wojną. A dzieciaki beztrosko opowiadają najnowszy dowcip-zagadkę: - Jaki jest szczyt odwagi? - Przejść w turbanie po Manhattanie!
To nie te czasy, gdy za dobry zegarek trzeba było dać jedną pensję. Dziś na równiutko chodzące elektroniczne cacko wystarczy ze 200 złotych. Żaden "szwajcar" ale porządnego "japończyka" za taki pieniądz można nabyć. Po co robiliśmy to rozeznanie? Otóż Donosy ogłaszają publiczna zbiórkę pieniędzy na zakup czasomierza dla pana prezydenta Starachowic! To będzie piękny dar dla naszego ukochanego Włodarza. Donosy, jako pierwsze, przeznaczają na ten szczytny cel 2 zł (słownie: dwa złote)! Czekamy na kolejnych ofiarodawców.
- Czyżby pan Prezydent nie miał zegarka? - zapyta ktoś przytomnie. Odpowiadamy: Chyba nie ma, bo co i rusz spóźnia się na ważne imprezy. Ostatnio kazał na siebie czekać dobre kilkanaście minut zgromadzonym na uroczystości otwarcia wyremontowanej ulicy Nowotki.
Zupełnie na marginesie odnotujmy, ze za spóźnienie nie przeprosił.
Po wyborach
Starachowickie "środowiska centrowo-prawicowe" zaczynają robaczkowe ruchy powyborczo-przedwyborcze. Niektórzy działacze Unii Wolności toczą zażyłe rozmowy z ludźmi byłego senatora Krzysztofa Lipca (AWS). Radni wywodzący się z awuesowskiej orientacji chowają przegrany w parlamentarnych wyborach sztandar i pod wodzą Grzegorza Walendzika (AWS) powołują nowy organizm na potrzeby nadchodzących w przyszłym roku wyborów. Inni działacze Unii Wolności paktują z miejscowym Sojuszem Lewicy Demokratycznej licząc na profity podobne do tych jakie są udziałem pana Celińskiego (dawniej UW, dziś w rządzie SLD). Nie śpią stronnicy Prawa i Sprawiedliwości i Ligi Rodzin Polskich licząc na kluczową rolę przy układaniu list wyborczych do samorządów. Nic nie słychać o zamiarach Platformersów.
Nawet przez dużą lupę nie można się dopatrzeć tendencji zjednoczeniowych wśród miejscowego establishmentu postsolidarnościowego. Jeszcze większe "jaja" będą wówczas, gdy uchwalona zostanie nowa ordynacja wyborcza nakazująca wybory wójtów, prezydentów i starostów przez ogół wyborców. Już dziś np. wiadomo, że z tej strony scenki politycznej wskoczyć na fotel starosty ochotę ma co najmniej trzech panów!
Trudno uwierzyć, że znajdzie się mądry, który powstrzyma zapędy "wielkich" indywidualności i zaprowadzi zgodę. Donosy czarnowidząc przewidują totalną klęskę tej formacji.