W NUMERZE:
NIE ZAPŁACISZ MANDATU...
CORHYDRON PRZYCZYNĄ...
PIERWSZY GRÓB KOMENDANTA
ODZNACZONY PO LATACH
P o L E c a m Y
SPOTYKAM TYLKO DOBRYCH...
Z KART RODOWODU (508)
UDANY KONIEC JESIENI
STARACHOWICE DZIECIOM
FELIETON
FRASZKI
HUMOR

Żarty się skończyły!

Nie zapłacisz mandatu zabiorą ci auto

Żarty się skończyły. W tym tygodniu komornik zacznie zabierać samochody właścicielom i współwłaścicielom aut, którzy nie płacą mandatów.

Bać powinni się ci, którzy notorycznie uchylają się od płacenia mandatów, a jest ich sporo. W województwie świętokrzyskim ściągalność mandatów wynosi zaledwie 30 procent.
- Od płacenia mandatów uchylają się całe rodziny. Wkrótce przestaną lekceważyć prawo - mówi Kazimierz Pastuszka, naczelnik Sekcji Ruchu Drogowego.
W zeszłym tygodniu policjanci dostali z Urzędu Skarbowego wykaz osób, które nie zapłaciły mandatów. W spisie figuruje ponad 200 nazwisk. Policjanci z drogówki podczas każdej kontroli drogowej będą sprawdzać, czy kierowca nie zalega z mandatami.
- Jeśli tak, na miejsce będzie wzywany komornik, który zabezpieczy pojazd - wyjaśnia K. Pastuszka.
Samochód będzie można odzyskać dopiero po zapłaceniu wszystkich zaległych mandatów.

(m)

W Starachowicach

Corhydron przyczyną śmierci?

Możliwe, że w wyniku zażycia corhydronu zmarły dwie osoby w Starachowicach. Sprawą zajęła się starachowicka prokuratura. Postępowanie wstępne ma sprawdzić czy rzeczywiście lek był przyczyną śmierci tych osób.

Od kiedy odkryto iż w jednej z partii corhydronu 250 mg zamiast tego leku, znajduje się inny, silny specyfik stosowany do znieczulania podczas operacji, który zwiotcza mięśnie, w całej Polsce rozpoczęła się wielka akcja docierania do ludzi, którzy mogli zostać zaopatrzeni w ten lek. Również w Starachowicach funkcjonariusze policji zaczęli docierać do aptek i punktów aptecznych, aby sprawdzić, kto zakupił corhydron w dniach od 1 stycznia 2005 r do października 2006. Odwiedzano też pacjentów w domach. Po takich wizytach domowych rodziny dwóch zmarłych osób skojarzyły fakty i zwróciły się z prośbą o wyjaśnienie, czy przyczyną śmierci nie było właśnie zażycie corhydronu. Sprawą zajęła się policja, w czwartek materiały trafiły do starachowickiej prokuratury.
- Sprawa dotyczy kobiety i mężczyzny, mieszkańców Starachowic, którzy przez długi czas zażywali ten specyfik i zmarli - poinformował prokurator Krzysztof Grudniewski z Prokuratury Rejonowej w Starachowicach. - Postępowanie dotyczy nieumyślnego spowodowania śmierci. Wyjaśniamy, czy przyczyną śmierci tych dwóch mogło być podanie corhydronu.
Osoby zainteresowane zdobyciem informacji dotyczącej corhydronu mogą zasięgnąć fachowej porady. Ministerstwo Zdrowia uruchomiło specjalną infolinię, dotyczącą tej sprawy, pod numerem telefonu 0-800-19-05-90 (w godzinach 9.00 - 21.00).

olo

Białoruskim szlakiem "Ponurego" (2)

Pierwszy grób Komendanta

Wawiórka. Tu, w polskiej ziemi parafialnego cmentarza katolickiego, przez 43 lata spoczywało ciało Jana Piwnika "Ponurego", bohaterskiego dowódcy oddziałów Armii Krajowej. We wrześniu br. będąc na Białorusi odwiedziłem to miejsce. Wciąż jest zadbane, a pamięć Komendanta i jego żołnierzy nadal żywa.

Małe miasteczko Wawiórka, niedaleko Lidy, przywitało nas słoneczną pogodą. Tuż za tablicą miejscowości wielki prawosławny cmentarz, nieco bliżej zabudowań - katolicki. Z lektury "Pozdrówcie Góry Świętokrzyskie" pamiętałem, stwierdzenie Cezarego Chlebowskiego, że "Ponury" spoczął "na przykościelnym cmentarzu". Pojechaliśmy więc do centrum miejscowości, gdzie stoi piękna świątynia parafialna pw. Przemienienia Pańskiego. Tu okazało się, że wokół kościoła nie ma żadnych mogił. Jedynie jakiś osiemnastowieczny pomniczek. Przypadkiem odkryliśmy pomyłkę w dziele Chlebowskiego, powielaną we wszystkich ostatnich wydaniach jego wspaniałej książki.
Zawróciliśmy na cmentarz. "Tu kres podróży, tu koniec bied!" - taki napis wita odwiedzających nekropolię. Kilkuhektarową powierzchnię cmentarza porastają wysokie, dostojne drzewa. Są rejony, gdzie mogiły są porośnięte krzakami, chwastami. Jest jednak wiele miejsc zadbanych, otoczonych opieką wielu polskich rodzin wciąż zamieszkujących Wawiórkę i okolice.
Poszukiwania cmentarnej kwatery Jana Piwnika nie dały rezultatu. Byliśmy tu jedynymi gośćmi, nie było kogo zapytać. Odszukaliśmy więc plebanię, gdzie mieszka sympatyczny, bardzo gościnny ks. proboszcz Feliks Popielewicz z Zakonu Kanoników Regularnych Laterańskich. Porozmawialiśmy o "Ponurym", jego legendzie, o powtórnym pogrzebie w naszym Wąchocku. Ks. Feliks przypomniał, że mieszkańcy jego parafii nie byli zadowoleni, gdy w 1987 roku szczątki Jana Piwnika zostały ekshumowane i przewiezione w Góry Świętokrzyskie. "Ponury" i tam, na lidzkiej ziemi cieszył się sławą, szacunkiem, a jego grób nie był zapomnianym miejscem. Wspomniałem wówczas słowa Szczepana Mroza, starachowiczanina, najlepiej znającego historię partyzanckich zgrupowań "Ponurego" i "Nurta". Mawia on, że Jan Piwnik ma dwa groby. W wawiórską ziemię wsiąkła męczeńska krew Komendanta, tam też pozostało jego ciało. Do Wąchocka wróciły kości...
Proboszcz powiedział nam, że od bramy cmentarnej do partyzanckich grobów prowadzą metalowe strzałki, których nie dostrzegliśmy szukając mogiły Komendanta. Gdy wróciliśmy na cmentarz, niemal natychmiast dostrzegliśmy srebrzyste "drogowskazy", które doprowadziły nas we właściwe miejsce.
W kwaterze otoczonej metalowym ogrodzeniem jest 15 żołnierskich mogił. Po środku, jeden za drugim stoją dwa krzyże upamiętniające miejsce pochówku "Ponurego". Metalowe tabliczki informują, że tu od 1944 do 1987 roku, wśród swoich podkomendnych spoczywał bohater "Wachlarza", "Kedywu", dowódca żołnierzy Armii Krajowej w Górach Świętokrzyskich i na Ziemi Nowogródzkiej. Kwatera jest oczyszczona z chwastów, sprawia wrażenie odwiedzanej.

Jak Jan Piwnik trafił do Wawiórki? Wszak zginął blisko 30 kilometrów stąd, w Bogdanach pod Jewłaszami. Decyzja o miejscu pochówku wynikała z bieżącej sytuacji militarnej panującej na tamtym terenie. Dowództwo nie chciało pochować Ponurego i kilku jego podkomendnych pospiesznie, byle gdzie. Choć cała okolica wciąż była okupowana przez Niemców wybrano Wawiórkę z katolickim kościołem i cmentarzem. Uroczystości pogrzebowe odbyły się 18 czerwca 1944 roku, dwa dni po śmierci żołnierzy i ich Dowódcy.
Modest Bobowicz "Wircz" tak wspominał czas po śmierci "Ponurego": Co chwilę wiejską drogą przelatywały galopem konie. To młodzi chłopcy z pobliskich wsi pędzili do naszych partyzanckich baz, do zaprzyjaźnionych zaścianków, aby donieść jak najszybciej wieść tragiczną.
- Zginął Komendant Ponury! Pojutrze pogrzeb w Wawiórce!
Bo choć Komendant był tu, na szczuczyńskiej ziemi zaledwie dwa miesiące - od połowy kwietnia do połowy czerwca, zdobył sobie uznanie, szacunek i miłość wszystkich. (...) Do Wawiórki było jeszcze siedem kilometrów. Szliśmy w tumanach pyłu, słońce prażyło. Ci, których kondukt mijał w trakcie prac polowych odkładali narzędzia, biegli ku drodze i klękali. Tak w skupieniu i zadumie mijaliśmy Piaskowce, Gierdziowce, pojedyncze przydrożne chałupy. Wszędzie szpalery ludzi i powszechny płacz. (...) I gdy nad Wawiórką zapadł czerwcowy zmrok, wielotysięczny tłum zaśpiewał Jeszcze Polska nie zginęła. Hymnem narodowym pożegnaliśmy Komendanta Ponurego i Jego żołnierzy, których ciała złożyliśmy w polską, nadniemeńską ziemię dnia 18 czerwca 1944 roku". Mimo okupacji, Jana Piwnika - na całej drodze żałobnego konduktu - żegnało kilka tysięcy ludzi! W gruncie rzeczy "Ponury" miał "szczęście" - poległ na polu walki, od niemieckiej kuli, a nie w wyniku komunistycznych tortur. Trzy tygodnie później na te tereny weszła Armia Czerwona.
Inni świadkowie dodają, że żałobny kondukt rozciągał się na przestrzeni kilku kilometrów. Każda trumna jechała na wiejskiej furmance. W Wawiórce wszystkich poległych wprowadzono do kościoła, gdzie odprawione zostało uroczyste żałobne nabożeństwo. Następnie kondukt przeszedł na cmentarz...

Będąc na Białorusi warto pojechać w okolice Lidy. Warto odwiedzić polski kościół w Wawiórce, warto zobaczyć stary cmentarz, gdzie "koniec bied". Wśród strzelistych drzew słychać jeszcze donośny śpiew podkomendnych Ponurego i płacz polskich kobiet żegnających dobrego Komendanta.

Jarosław Babicki

Krzyż Komandorski dla starachowiczanina

Odznaczony po latach

Edward Dudek, starachowiczanin, długoletni pracownik FSC w Starachowicach, współorganizator działalności konspiracyjnej, został odznaczony Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski. Jest to druga klasa odznaczeń nadawanych przez prezydenta Polski. W województwie świętokrzyskim nadany po raz pierwszy od 17 lat. Dziś w TYGODNIKU historia zasłużonego działacza.

Odznaczenie starachowiczaninowi zostało wręczone na uroczystości z okazji 11 listopada. O tym, że pan Edward zostanie odznaczony Krzyżem Komandorskim on sam dowiedział się tydzień przed obchodami. - Nie wiem kto wystąpił o nadanie mi tak zaszczytnego odznaczenia, ale przypuszczam, że najprawdopodobniej był to minister Przemysław Gosiewski - mówi.

Pamiętny rok 1980

- Rok 1980 był dla mnie czasem szczególnym. W styczniu, wkrótce po urodzeniu dziecka, zmarła moja żona. Zostałem sam z piątką dzieci, w tym jednym trzydniowym. Nie było łatwo, ale jakoś przy pomocy bliskich mi osób poradziłem sobie. W tym samym czasie zaczęły się strajki w Gdańsku. Wówczas z wiadomych przyczyn nie interesowałem się tym. Miałem swoje przeżycia i zmartwienia - opowiada.
- Gdy pracowałem w starachowickich zakładach FSC, na wydziale P-8, rozpoczęły działalność nowe związki zawodowe. Nie byłem w komitecie założycielskim "Solidarności", to ludzie pracujący na moim wydziale, sami przyszli do mnie i chcieli, żeby im przewodził. Pod wpływem ich próśb zająłem się działalnością na szczeblu zakładowym. Można powiedzieć, że koledzy mnie dostrzegli i dzięki temu zacząłem swoją działalność - mówi.

Stan wojenny i konspiracja

- Do wprowadzenia stanu wojennego pełniłem funkcję kierownika Rady Pracowniczej. Stan wojenny spowodował zaprzestanie naszej legalnej działalności. Wielu kolegów zostało internowanych. Pomyślałem wówczas, że jeśli ich internowano, to ja powinienem przejąć ich obowiązki. Ponadto posiadałem dodatkowe atuty, gdyż nie odebrano mi przepustki na zakład. Mogłem więc swobodnie przychodzić tam o każdej porze dnia i nocy - wspomina.
- Stan wojenny został wprowadzony z soboty na niedzielę. My, tzn. Piotr Kępa, Krzysztof Muzyka, Wojciech Zawal i ja, już w poniedziałek zorganizowaliśmy spotkanie konspiracyjne w nieistniejącym już drewnianym kościele pw. Wszystkich Świętych. Rozmawialiśmy tam o tym, kto został internowany, jak pomóc ich rodzinom, oraz co robić dalej. Od tego momentu nasza działalność konspiracyjna rozpoczęła się na dobre. Zaczęliśmy rozprowadzać ulotki, literaturę drugiego obiegu, kontaktowaliśmy się z innymi działaczami podziemia - opowiada E. Dudek.

Było sprzątane...

Edward DudekDziałania już wkrótce zostały zauważone przez służbę bezpieczeństwa. - Na początku stycznia w Starachowicach zorganizowano zebranie członków partii, ale i nie tylko, bo także dyrektorów i kierowników różnych instytucji. Zostałem również zaproszony. Przedstawiciele partii tłumaczyli się wówczas z tragedii jaka rozegrała się w kopalni "Wujek". Nie wytrzymałem podczas próby przekazania nam tych informacji. Powiedziałem im wówczas, że powinni zmienić nazwę, bo jaka tam z nich partia robotnicza? Być może sam sobie tym zaszkodziłem. Zostałem upomniany, jak to ja mogę się tak zachowywać! Obrażać partię! Po tym incydencie służba bezpieczeństwa zaczęła się mną bardziej interesować. Zaczęły się pierwsze rewizje w domu, przeszukiwania. Na początku rodzina nie wiedziała jak zachowywać się w razie takich najść. Później dzieci, szczególnie dwójka najstarszych, umiały odpowiadać i rozmawiać z nachodzącymi nas ludźmi. Na przykład córka, gdy esbecy przyszli już któryś raz z kolei i zaczęli zaglądać pod dywan w pokoju, odparła na to:
- Niech pan nie sprawdza, sprzątane było - przypomina z uśmiechem.

Zapukali o wpół do szóstej

Sytuacja taka trwała aż do sierpnia 1982 roku. W jeden z sierpniowych dni kilku kolegów E. Dudka, mających przy sobie książki drugiego obiegu i konspiracyjną prasę, zostało złapanych - trafili do aresztu. - W dzień czy dwa po tym wydarzeniu, o wpół do szóstej rano zapukali do moich drzwi. Powiedzieli, że idziemy na rewizję. Wiedziałem już o co chodzi. Zaprowadzono mnie na komendę. Tam spotkałem osoby działające ze mną. Później wywieziono mnie do Kielc. Tam w areszcie przy ulicy Wesołej wraz z pijakami i drobnymi złodziejaszkami spędziłem 48 godzin. 1 września zostałem wywieziony na Piaski. W więzieniu siedziałem m.in. ze Stanisławem Kosiorem i obecnym ministrem Kazimierzem Ujazdowskim, który także wpadł za ulotki.

Z miłości do Ojczyzny

Prokurator domagał się dla E. Dudka 4 lat więzienia. Zarzucono mu próbę obalenia ustroju komunistycznego przy użyciu przemocy. Nie obchodziło ich to, że ma na utrzymaniu piątkę dzieci. Najstarszy syn pana Edwarda miał wówczas 15 lat, najmłodsze dziecko 2,5 roku. UB-cy straszyli, że zostaną oddane do domu dziecka. - O moje zwolnienie z odbywanej kary usilnie domagało sie wiele osób, w tym także ludzie kościoła. Głównym inicjatorem tych starań był ksiądz biskup Edward Materski, ówczesny ordynariusz diecezji radomskiej. Po usilnych staraniach zostałem zwolniony. Sąd na sprawie rewizyjnej podjął decyzję, aby mój wyrok został zawieszony na cztery lata - mówi.
Po wyjściu z więzienia E. Dudek absolutnie nie zaprzestał działalności konspiracyjnej. Mało tego, odsiadka w więzieniu jeszcze bardziej zmobilizowała go do działań w podziemiu. Chciał służyć ojczyźnie. Nadal w jego domu częste bywały rewizje. Nie przerażało go to jednak.

Zasłużony dla Starachowic

W 1989 roku E. Dudek został przewodniczącym Komitetu Obywatelskiego "Solidarność". W latach 1990 - 1994 był wiceprzewodniczącym Rady Miasta. Po tej kadencji postanowił wycofać się z życia politycznego. Zajął się działalnością gospodarczą. Później był wiceprzewodniczącym "Solidarności" w FSC. Później zajmował się tworzeniem w Starachowicach AWS. Wycofał się jednak, gdyż stwierdził, że to nie jest to. Brał także udział w tworzeniu PiS. Wraz z Januszem Skibińskim pojechał wtedy do Warszawy i spotkał się z braćmi Kaczyńskimi. Na skutek kłótni jakie powstawały w prawicy postanowił całkowicie i na dobre wycofać się z życia politycznego i juz nigdy do niego nie powrócić. - Dziś chciałbym zaapelować do działaczy prawicy, aby zaprzestali kłótni, tylko się zjednoczyli i działali dla dobra ludzi - mówi.

Małgorzata Dziurzyńska

Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski

Nadawany jest za wybitne zasługi położone w służbie państwu i społeczeństwu, a zwłaszcza za wybitne osiągnięcia w działalności publicznej podejmowanej z pożytkiem dla kraju, za szczególne zasługi dla umacniania suwerenności i obronności kraju, dla rozwoju gospodarki narodowej, służby publicznej, za wybitną twórczość naukową, literacką i artystyczną, za wybitne zasługi dla rozwoju współpracy RP z innymi państwami i narodami. Order ten dzieli się na pięć klas: I klasa - I Krzyż Wielki Orderu Odrodzenia Polski, II klasa - Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski, III klasa - Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski, IV klasa - Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski, V klasa - Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski.
Ordery i odznaczenia stanowią najwyższe wyróżnienie zasług cywilnych i wojskowych, w czasie pokoju lub wojny, dla chwały i rozwoju Rzeczypospolitej Polskiej. Nadawane są trzy ordery: Order Orła Białego, Order Odrodzenia Polski (pięcioklasowy), Order Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej (pięcioklasowy). Noszony na czerwonej wstędze z białymi pasami po bokach, przez prawe ramię (w I klasie), na szyi (w II i III klasie) lub na lewej stronie piersi (IV i V klasa).

 


 

POLECAMY
 
www.pawel.starachowice.org
 
POLECAMY
 
Internetowy plan Starachowic
www.poznaj.starachowice.org
 
POLECAMY

 


 

Ojciec Opat Eustachy Kocik

Spotykam tylko dobrych ludzi

Z Wąchockiem związał swoje życie 55 lat temu. Wraz z innymi klerykami próbował zmienić ruderę, jaką był wówczas klasztor cystersów w miejsce nadające się do zamieszkania. Był jedynym księdzem na "czerwonym" Uniwersytecie Jagiellońskim. 18 lat mieszkał i pracował w Stanach Zjednoczonych. Od dziesięciu lat jest opatem Klasztoru Cystersów w Wąchocku, jest też prezesem Polskiej Kongregacji Cystersów. Przedstawiamy niezwykłe życie ojca opata Eustachego Kocika.

Bieda i entuzjazm

Ojciec Opat Eustachy KocikPierwszy raz przyjechałem tu w 1951 roku. Kazał nam tu przyjść biskup sandomierski Jan Kanty Lorek. Co na to władza komunistyczna? Nikt się ich nie pytał o zdanie. Ich reakcja była następująca: "Skąd się oni tutaj wzięli?". Ale nikt nas nie wyrzucił. A my po prostu przyszliśmy i zajęliśmy pomieszczenia. Wprawdzie nie wszystkie, bo w części mieściła się podstawówka, było mieszkanie proboszcza.
Przyjechałem tu jako jeden z 20 kleryków Seminarium Cysterskiego w Krakowie, które tu, do Wąchocka, przeniósł ojciec doktor Augustyn Ciesielski. Przyjechało 20 kleryków, 3 księży, a z Krakowa dojeżdżali profesorowie z wykładami. Jak dziś pamiętam, jakie trudne warunki wtedy panowały. Spaliśmy w jednej sali, tam, gdzie dziś jest muzeum. Cały pokój ogrzewaliśmy trociniakiem, nie było bieżącej wody. Wodę nosiliśmy ze studni z żurawiem, która zresztą przetrwała do dziś. Nie było ustępu i za potrzebą biegaliśmy za stodołę... Kuchnię trzeba było remontować - przede wszystkim wywieźć z niej ziemię, żeby obniżyć poziom podłogi. To samo zrobiliśmy z refektarzem. Mieliśmy dwie sale wykładowe, w których stały piece kaflowe. Opalaliśmy je węglem. A węgiel dostarczała władza komunistyczna. Transport zawsze przychodził w soboty wieczorem, tak, że noce z sobót na niedziele spędzaliśmy na wożeniu węgla z wagonu do klasztoru. Była bieda, co było widać najbardziej po tym, co się jadło. Na śniadanie był chleb z marmoladą i kawa zbożowa, na obiad kasza z kwaśnym mlekiem z dodatkiem wody, żeby było więcej, na kolację znów chleb z marmoladą, czasem ze smalcem.
Ale był też wielki entuzjazm, którego potem już nie zdarzało mi się widzieć. Mieliśmy wielki pęd do nauki, urządzaliśmy różne imprezy dla ludzi. Dawaliśmy przedstawienia, szopki, skecze - także na temat władzy i kleru. Było ciężko, ale ciężkie warunki hartują człowieka, a cieplarniane hodują cieplarniane typy...
W 1954 roku zostałem wyświęcony. Śluby złożyłem w Wąchocku. Byłem wyświęcony bardzo szybko, dlatego, że zdałem wszystkie egzaminy. Ale i tak jeszcze musiałem kończyć studia. Seminarium Cysterskie po dwóch latach zostało z powrotem przeniesione do Krakowa, więc i ja się tam przeprowadziłem. Ale przyjeżdżałem często do Wąchocka. Po skończeniu studiów wróciłem tu. Uczyłem religii w Marcinkowie i Wielkiej Wsi. Długo jednak nie wytrzymałem bez nauki.

Na "czerwonym" UJ-ocie

Zacząłem studiować biologię, kierunek pedagogiczny, na Uniwersytecie Jagiellońskim. Sądziłem, że nie dostanę się na studia, bo byłem księdzem. Ku mojemu zdziwieniu stało się inaczej. Przyjęli mnie. Od początku na wszystkie zajęcia chodziłem w sutannie. Nie byłem jednak z tego powodu szykanowany, chociaż kiedy chciałem na UJ-ocie zrobić doktorat, nie pozwolono mi. Czułem jednak, że profesorowie traktują mnie inaczej niż pozostałych studentów. Pamiętam egzamin z biologii. Na zadane pytanie chciałem odpowiedzieć regułami, które wykułem z Miczuria i Łysenki, radzieckich uczonych. Profesor przerwał mi i kazał odpowiadać, tak jak czuję. Na innym egzaminie powinęła mi się noga. Profesor powiedział, że nie wpisze mi oceny, ale mam przyjść do niego jeszcze raz i nauczyć się wszystkiego o lampach elektrycznych. Wykułem wszystko. Kiedy poszedłem na egzamin, profesor wziął indeks i bez pytania wpisał "5".
Zdarzyło mi się też zdawać egzamin w domu u profesora. Wiedziałem, że profesor Mysłakowski jest ateistą, toteż miałem trochę stracha, kiedy dowiedziałem się, że profesor zastrzegł sobie egzaminowanie mnie. Kiedy dowiedziałem się, że zachorował, odetchnąłem z ulgą. Pomyślałem, że zdam egzamin u kogoś innego. Okazało się jednak, że profesor zażyczył sobie, żebym przyszedł do jego mieszkania. Poszedłem z duszą na ramieniu. Potem okazało się, że był to najprzyjemniejszy egzamin w moim życiu. Profesor poczęstował mnie kawą, zapytał o Wąchock, o klasztor. Odpowiedziałem, że tam mieszkam. Ale oprócz rozmowy o historii sztuki był też egzamin. Dostałem "bardzo dobry", zaprosiłem też profesora do Wąchocka. Przyjeżdżał raz do roku z rodziną. Niedawno odwiedził mnie jego syn, który pisze o ojcu książkę. Sądzę, że profesor Mysłakowski miał swoją drogę do Boga, choć mówił, że jest ateistą. On w Boga wierzył. Podczas jednego z wykładów zapytano go, czy Chrystus był postacią autentyczną. Odpowiedział pytaniem, czy gdyby Chrystus był postacią fikcyjną, to czy pamięć o nim przetrwała by wieki, a ludzie oddawaliby za niego życie. Gazeta krakowska zamieściła później bardzo negatywny artykuł na temat odczytu, który w złym świetle przedstawił profesora. Po tym incydencie profesor oddał legitymację partyjną. Profesor Mysłakowski miał negatywne zdanie na temat misjonarzy. Twierdził, że oprócz wiary wprowadzają w życie ewangelizowanych narodów europejskie zwyczaje, że niszczą kulturę. Rzeczywiście tak było. Zmieniło się to po Soborze Watykańskim II.
Po studiach na UJ-ocie studiowałam na KUL-u psychologię, tam też zrobiłem doktorat. Muszę przyznać, że studia na KUL-u nie wywoływały u mnie takiego dreszczyku emocji jak te na UJ-cie...

Na amerykańskiej ziemi

W październiku 1978 roku wyjechałem do Stanów Zjednoczonych. To było kilka dni po tym, jak kardynał Wojtyła został papieżem. Zostałem przywitany bardzo serdecznie. Panował tam niesamowity entuzjazm. Trafiłem na dobrych ludzi, zresztą jak w całym moim życiu. Zawsze spotykałem dobrych ludzi.
Do USA wyjechałem "w ciemno". Najpierw pracowałem na misjach. To była najlepsza praca jaką miałem. Mieszkałem w Centrum Misyjnym w Sunny Hills na północy Florydy. Było nas tam czterech księży i rektor misji. Nasza praca polegała na jeżdżeniu w różne miejsca oddalone do 100 kilometrów od centrum. Nie było tam kościołów, księży, ale były grupy katolików. Mówiłem kazania, odprawiałem msze, chrzciłem dzieci, błogosławiłem na ślubach. Miałem do dyspozycji swój samochód, zwracano mi za paliwo i amortyzację. Kiedy zaczynałem tę pracę, kupiłem nowego chevroleta. Po roku miałem na liczniku 130 tysięcy kilometrów. Kiedy jeździłem z miejsca na miejsce najbardziej bałem się dwóch rzeczy: tornada i żeby mi się koło w samochodzie w nocy nie przebiło, bo węże... Ale się nie przebiło.
Później zostałem proboszczem w miejscu, gdzie jeździłem na misję. Nie było plebanii ani kościoła. Kiedy sprowadziłem się na miejsce, jeden z mieszkańców, bardzo bogaty, powiedział, że da mi mieszkanie, ale pod warunkiem, że będę go słuchał. Odmówiłem, postanowiłem zamieszkać w pokoiku przyległym do sali parafialnej. Bogaty Amerykanin powiedział, że nie będzie dawał na składki, odpowiedziałem: trudno. Rzeczywiście, przestał dawać składki. Ale po roku okazało się, że wypadł poza obieg wspólnoty parafialnej. Wtedy przeszedł do mnie i powiedział, że chciałby się włączyć w pracę. Odpowiedziałem: "zapraszamy".
Zanim powstał kościół mieliśmy problem, gdzie odprawiać msze. Poszedłem do metodystów i poprosiłem, żeby pozwolili nam w soboty modlić się u nich przez pół roku. Ale przez ten czas nie udało się wybudować kościoła. Tak się złożyło, że po pół roku już tam nie chcieli katolików. Przenieśliśmy się więc z modlitwą do pokoiku przy stacji benzynowej. Zainteresowali się tym dziennikarze, pisali o nas artykuły. Złożyłem podanie o dotację na budowę kościoła. Powiedzieli, że dostanę 50 tysięcy dolarów, ale dopiero wtedy, kiedy na kościele będzie już stał dach. I znów pomogli mi dobrzy ludzie. Pewna kobieta oddała pole pod budowę kościoła, inna osoba darowała 50 tysięcy dolarów. Udało nam się doprowadzić budowę do dachu i rzeczywiście wtedy dostaliśmy dotację. Kościół udało się wybudować bez długu.
Na początku mojej pracy w USA przez trzy lata nie miałem wakacji. W jednym roku budowałem plebanię, potem kościół. Miałem tylko pracę, brakło czasu na odpoczynek. W czwartym roku przed wakacjami odwiedziło mnie trzech księży. Powiedzieli, że w tym roku mam wziąć urlop i jechać na wakacje, że tu jest Ameryka, nie Polska, że tu się nie tylko pracuje, ale też odpoczywa. Po prostu robiłem im "złą robotę", bo oni wakacje mieli co roku... Pojechałem na wakacje do Polski, ale do Ameryki wróciłem jak do domu.

Znowu Wąchock

To było w 1996 roku. Nie zamierzałem jeszcze wracać do Polski. Którejś nocy, o czwartej nad ranem obudził mnie telefon. Dzwonił opat generalny. Powiedział, że zostałem wybrany opatem i że mam natychmiast wracać do Polski. Nie wróciłem natychmiast, musiałem pozamykać swoje sprawy. Nie obyło się też bez protestów tamtejszego biskupa i księży. W końcu jednak wróciłem.
W Polsce po raz drugi w życiu poczułem się zagubiony. Pierwszy raz byłem zagubiony jak pojechałem do USA. Minął rok, zanim się zaklimatyzowałem. Podobnie było z powrotem. Wyjeżdżałem z Polski, kiedy panował głęboki komunizm, wróciłem do zupełnie innego kraju. Nie znałem nikogo, byli nowi księża, nowi zakonnicy. Ze starszych był tylko ojciec Anioł. Pojechałem do Kielc, do Warszawy. Oba miasta bardzo się zmieniły, nie wiedziałem, jak się po nich poruszać. Ale w ciągu roku ruszyłem do przodu. Szukałem sponsorów i udało mi się ich znaleźć. Dzięki ich pomocy i hojności klasztor został pokryty miedzianą blachą. Wymieniona została instalacja elektryczna, założone oświetlenie wewnątrz i na zewnątrz, wybudowana stacja trafo, cały klasztor został wyremontowany wewnątrz. Zmieniło się też wnętrze kościoła. Odrestaurowane zostały ołtarze i stalle, zabytkowa chrzcielnica, odnowiony kościelny chór i XVII-wieczne organy, wymieniona posadzka w kościele, pojawiły się nowe ławki. Na wieży Rakoczego uruchomiony został zegar z kurantem. Pięć lat temu utworzyliśmy pierwszy Dom Rekolekcyjny w Marcinkowie, w tym roku ruszył kolejny Dom Odnowy Duchowej w Winnikach, w gminie Węgorzyno, w powiecie Łobez. Na pielgrzymów czy turystów czeka tam 18 pokoi z łazienkami, kaplica, kuchnia, jadalnia, ogromny, zabytkowy park bukowy. W każdy pierwszy piątek miesiąca - do niedzieli - przyjeżdżają tam ludzie, żeby się pomodlić, wyciszyć, odpocząć. Podobnie jest w Marcinkowie.
Planów co do Winnik jest sporo, bo jest tam dużo miejsca do zagospodarowania - aż 37 hektarów. Są też plany co do Wąchocka, ale sądzę, że będzie je realizował kolejny opat. Ja chciałbym już trochę odpocząć. Chyba na to zasłużyłem.

Wysłuchała Monika Nosowicz-Kaczorowska

Z kart rodowodu (508)

Aby nie zginęła pamięć ich czynów

Dokończenie rozmowy ze Szczepanem Mrozem, kolekcjonerem pamiątek z okresu drugiej wojny światowej:
- Już niewielu jest wśród nas byłych żołnierzy ze świętokrzyskich zgrupowań partyzanckich.
- Zdajemy sobie z tego sprawę. Dlatego my, młodsi wiekiem, reprezentujący już urodzone po wojnie pokolenie, podjęliśmy starania, aby pamięć ich czynów nie poszła w zapomnienie. Założyliśmy Stowarzyszenie Pamięci Zgrupowania "Ponury-Nurt", które ma opracowany odpowiedni program działania. Jego obecnym prezesem jest Paweł Popiel z Wrocławia, którego ojciec walczył w tym Zgrupowaniu.
- Jaka była twoja rola we wrześniowym odsłonięciu tablicy pamiątkowej w miejscu bitwy w Lasach Siekierzyńskich, na Barwinku?
- Wystąpiłem z takim pomysłem, wykonałem osobiście tablicę pamiątkową, uczestniczyłem w przygotowaniu miejsca do uroczystości i wygłosiłem jedno z okolicznościowych przemówień. Poinformowałem zebranych o okolicznościach w jakich doszło do bitwy. A tu pragnę powtórzyć, że bitwa na Barwinku należała do zwycięskich, napawających zmęczonych leśnych żołnierzy wiarą, że przeciwnik, choć liczniejszy i lepiej uzbrojony, jest jednak do pokonania. Ta bitwa podniosła jego morale, dlatego szczególnie zasługuje na upamiętnienie. Z naszych zginął tam tylko jeden żołnierz, Józef Kowalski ps. "Wąsik". A Niemcy, aby zebrać swych poległych i rannych, zarekwirowali w okolicznych gospodarstwach chłopskich kilkadziesiąt furmanek. Dlaczego mielibyśmy świętować tylko klęski? Pragnę tu dodać, że pomnik na Barwinku nie jest pierwszym i jedynym, jaki powstał z naszej inicjatywy, jako Stowarzyszenia. Jest drugi. A w przyszłym 2007 roku, postaramy się odsłonić następny na "Wzgórzu 326", gdzie znajdowało się główne obozowisko "Ponurego-Nurta".
- To główne obozowisko nie było na Wykusie, gdzie stoi obecnie kapliczka?
- Oczywiście, że nie. Kapliczkę postawiono w 1957 roku blisko drogi i na polanie odpowiedniej do organizowania okolicznych, rocznicowych spotkań kombatantów. Właściwy, główny obóz "Ponurego-Nurta", był około półtora kilometra na wschód od tego miejsca, czyli właśnie w rejonie "Wzgórza 326". A w miejscu, gdzie jest obecnie kapliczka, rzeczywiście obozowała w przeddzień obławy 28 października 1943 roku część żołnierzy Zgrupowania.
- Czy po 28 października 1943 roku "Ponury" ze swymi żołnierzami nadal pozostał na "Wzgórzu 326"?
- Żaden z jego podkomendnych już tutaj nie stanął. Na rozkaz dowódcy obóz przemieszczono w rejon "Szczytniaka". Zresztą kończył się wówczas także okres, w którym "Ponury" tu dowodził. W dniu 3 stycznia 1944 roku został on odwołany, wyjechał do Warszawy, gdzie pozostawał do dyspozycji Komendy Głównej AK. Jego miejsce zajął Eugeniusz Kaszyński "Nurt".
- Każdy kolekcjoner pamiątek narodowych, w tym również Ty, jeśli uwzględnia interes społeczny, musi się liczyć, że jego zbiory wcześniej czy później trafią do muzeum, a wiec w miejsce ogólnie dostępne. Czy bierzesz to pod uwagę?
- Oczywiście. Zastanawiamy się w gronie przyjaciół, czy takiej placówki nie należałoby urządzić w Wąchocku. Tam spoczywają prochy Jana Piwnika "Ponurego", niechby więc również w tym miejscu pozostały po nim pamiątki. Ale wymaga to czasu i funduszów. Poza tym chciałbym mieć pewność, że to co zbierałem latami, dużym nakładem pracy i kosztów, znajdzie się w dobrych i pewnych rękach, pod opieką uczciwego i wykwalifikowanego kustosza.

Aleksander Pawelec

SPORT

Piłka nożna - 1/8 finału Pucharu Polski

Udany koniec jesieni

Juventa-Star Starachowice - Orlicz Suchedniów 4:1 (1:1)

0:1 - Artur Janyst (27)
1:1 - Tomasz Wójcik (39)
2:1 - Tomasz Wójcik (53)
3:1 - Emanuel Chudyba (60)
4:1 - Maciej Kruk (80)
JUVENTA-STAR: Wesołowski - Bracik, Janczyk, Gębura, Sekuła, Bolemba (70. Kruk), M. Wójcik (63. Gruszczyński), Tobiszewski, Chudyba, T. Wójcik (81. Kurek), Spadło. Trener: Tomasz Wójtowicz.

Starachowice, 19.11. Pierwszą akcję meczu przeprowadzili gospodarze. W 2 minucie Emanuel Chudyba strzałem głową próbował pokonać golkipera gości, jednak ten nie dał się zaskoczyć. W odpowiedzi dwie minuty później napastnik przyjezdnych mocno strzelał na bramkę miejscowych. Przez następne minuty częściej atakowali gracze Orlicza. Ich zwieńczeniem była w 27 minucie bramka dla przyjezdnych. Marcin Bała obsłużył podaniem Artura Janysta, ten wszedł z futbolówką w pole karne starachowickiego zespołu i z ostrego konta pokonał Wesołowskiego. Po straconym golu piłkarze Juventy-Star ruszyli śmielej do ataku. Ich efektem była bramka strzelona przez Tomasza Wójcika w 39 minucie.
Druga połowa zaczęła się szczęśliwie dla miejscowych. W 53 minucie Tomasz Wójcik wpadł z futbolówką w "szesnastkę" gości, minął interweniującego obrońcę i strzelił obok golkipera suchedniowian. W 60 minucie Emanuel Chudyba z linii pola karnego pokonał wysoko wysuniętego Zbigniewa Rykałę. Jeszcze w 71 minucie w znakomitej sytuacji Chudyba próbował umieścić piłkę w bramce, ale niestety trafił tylko w boczną siatkę. W 75 minucie wspaniałą robinsonadą popisał się Wesołowski, który z trudnością obronił mocne uderzenie Artura Janysta. W 80 minucie Maciej Kruk wykorzystując podanie od Chudyby umieścił futbolówkę niemal w pustej bramce. Przez ostatnie minuty to przyjezdni konstruowali znakomite akcje, a gospodarze ograniczali się tylko do licznych kontrataków.
Piłkarze Juventy-Star pokonali już drugiego czwartoligowca w PP i awansowali do ćwierćfinału rozgrywek. Teraz przed zawodnikami przerwa zimowa, po której wrócą do walki o awans do IV ligi. Na wiosnę prawdopodobnie w barwach Juventy-Star nie zobaczymy już 3 zawodników: Rafała Lipińskiego, Konrada Tchurza i Huberta Bębenka
.

Karol Gorzkowski

Piłka nożna

Starachowice Dzieciom

Mnóstwo efektownych strzałów, goli, pięknych parad młodych bramkarzy oraz wiele sportowych emocji i pozytywnych wrażeń - tak w skrócie można podsumować II Ogólnopolski Halowy Turniej Piłki Nożnej Orlików dla rocznika 1997 pn. "Starachowice Dzieciom".

Gospodarzem jednodniowego (11 listopada) turnieju, który rozegrany został w Miejskiej Hali Sportowej był Starachowicki Uczniowski Klub Sportowy "Sokół". Oprócz starachowickiego teamu na zaproszenie organizatorów zjawiło się również jedenaście ekip z kilku województw naszego kraju. Wśród uczestników znalazły się następujące drużyny: KSZO Junior Ostrowiec Świętokrzyski, Cracovia Kraków, Szkoła Edukacji Młodych Piłkarzy Warszawa, Champion Pionki, Stadion Śląski Chorzów, Kolporter Korona Kielce, Junior Radom, KKS ASPN Juventa Starachowice, Polonia Warszawa, Łódzki Klub Sportowy oraz Gwiazda Ruda Śląska. Wszystkie zespoły przystąpiły do rywalizacji w dwóch grupach eliminacyjnych. Końcowa kolejność w danej grupie stanowiła czynnik decydujący o późniejszym rozstawieniu w zawodach. Warto dodać, że spotkania trwające 12 minut rozgrywane były w systemie "każdy z każdym".
Podopieczni Mirosława Niekłania, prezesa, a zarazem trenera "Sokoła" w nie najlepszym stylu rozpoczęli sobotni turniej. Młodzi starachowiczanie w meczu z KSZO Junior Ostrowiec Świętokrzyski ponieśli porażkę 1:3. W drugim pojedynku utalentowani piłkarze pokonali Stadion Śląski Chorzów 2:1. Trzecie spotkanie zakończyło się porażką 0:1. Po samobójczej bramce SUKS "Sokół" musiał uznać wyższość Cracovii Kraków. W dwóch ostatnich meczach grupowych nasi zawodnicy zremisowali z SEMP-em Warszawa (1:1) i odnieśli zwycięstwo nad Championem Pionki (1:0). W tabeli grupy A futboliści ze Starachowic z siedmioma punktami na koncie zajęli trzecią pozycję, dołączając tym samym do zespołów grających o miejsca V-VI. Tu drużyna prowadzona przez M. Niekłania spotkała się z Łódzkim Klubem Sportowym. O tym, iż pojedynek był niezwykle wyrównany i trzymał w napięciu do ostatniej minuty najlepiej świadczy fakt, że zwycięzcę wyłonić musiały dopiero rzutu karne. W regulaminowym czasie mecz zakończył się remisem 1:1. Stałe elementy gry nieodzownie towarzyszące piłkarskim spotkaniom lepiej egzekwowali adepci ŁKS-u. W ostatecznym rozrachunku młodzi starachowiczanie uplasowali się na znakomitym, szóstym miejscu.
Starachowicki Uczniowski Klub Sportowy "Sokół" wystąpił w następującym składzie: Kacper Stachucy, Mikołaj Adamczyk (2 bramki), Bartosz Koźlik (2 bramki), Patryk Adamczyk, Karol Sionek, Paweł Fudali (2 bramki), Łukasz Szyderski, Filip Dyka, Bartosz Gola, Igor Spadło, Piotr Kasperkiewicz oraz Jakub Burzyński. Kierownik drużyny: Szymon Sionek.
Drugi z naszych zespołów - Juventa Starachowice - w pięciu meczach grupowych zanotowała pięć porażek. Drużyna prowadzona przez Bartłomieja Zająca uległa kolejno Kolporterowi Koronie Kielce 0:1, ŁKS-owi Łódź 0:3, Gwieździe Ruda Śląska 1:3, Juniorowi Radom 0:2, a także Polonii Warszawa 0:1. W pojedynku o miejsca XI-XII Juventa pokonała natomiast Szkołę Edukacji Młodych Piłkarzy Warszawa 2:0. Podopieczni B. Zająca zagrali w następującym zestawieniu: Tomasz Milanowski, Rafał Milanowski, Ernest Gralec, Emil Gołyski, Nikodem Matysek, Adam Szyma, Patryk Niewczas (1 bramka), Grzegorz Kaptur (1 bramka), Mikołaj Podzielny, Rafał Rokita (1 bramka), Maciej Malczyk, Mikołaj Woźniak, Dominik Budziński i Mateusz Duda. Kierownik drużyny: Piotr Kaptur.
Organizatorzy przyznali również nagrody indywidualne. Najlepszym zawodnikiem turnieju został Bartłomiej Talaga z klubu Gwiazda Ruda Śląska, bramkarzem Adam Wilk (Cracovia Kraków), królem strzelców Filip Frosztęga (Cracovia Kraków - 7 bramek). Tytuł najlepszego piłkarza Sokoła przypadł w udziale Pawłowi Fudali.
Nad sprawnym przebiegiem imprezy czuwali sędziowie Świętokrzyskiego Związku Piłki Nożnej Grzegorz Szymański oraz Kamil Pastuszka. Spikerem zawodów był Jacek Tarnowski, zegar obsługiwał zaś Piotr Adamus.
Słowa podziękowania należą się również sponsorom turnieju w skład których weszli: SKOK im. Franciszka Stefczyka oddział Starachowice (ufundował nagrody dla najlepszych zawodników z każdej drużyny), Systemy informatyczne RETE (nagrody za zajęcie I miejsca w turnieju oraz dla najlepszego zawodnika, bramkarza i króla strzelców), SUKS Sokół Starachowice (nagrody za zajęcie miejsca II i III), sieć sklepów Jacka Burzyńskiego, a także Zarząd Urzędu Marszałkowskiego Województwa Świętokrzyskiego (puchary).

Rafał Roman

WYNIKI II FAZY TURNIEJU:

mecz o miejsce XI-XII: Juventa Starachowice - SEMP Warszawa 2:0                                                                                                                                         
mecz o miejsce IX-X: Stadion Śląski Chorzów - Polonia Warszawa 0:1
mecz o miejsce VII-VIII: Champion Pionki - Kolporter Korona Kielce 2:1
mecz o miejsce V-VI: ŁKS Łódź - Sokół Starachowice 1:1 (karne 3:1)
mecz o miejsce III-IV: KSZO Ostrowiec - Junior Radom 1:0
Finał: Cracovia Kraków - Gwiazda Ruda Śląska 0:1

FELIETON

Jarek

Szkatułka

Po tych samorządowych wyborach utwierdziłem się w moim, od dawna mocnym, przekonaniu, że ordynacja powinna być większościowa. To znaczy taka, że tylko liczba głosów oddanych na poszczególnych kandydatów powinna decydować, kto zostanie radnym. Dziś w miastach powyżej 20 tysięcy mieszkańców i w wyborach do rad powiatowych głosujemy niby na człowieka, a tak naprawdę na listę partyjną, lub na blok wyborczy różnych partii i ugrupowań. Skutkiem takiej, czyli proporcjonalnej, ordynacji jest to, że dość często nie wchodzą do rad autentyczni lokalni liderzy, a załapują się kandydaci, których lista uciułała w sumie jakaś liczbę głosów umożliwiającą objęcie mandatu. Albo jeden silny kandydat zapracowuje na całą listę i wciąga ze sobą słabeuszy.
Najzdrowiej by było podzielić powiat na tyle okręgów, ilu jest przewidzianych ustawą radnych. Do każdego mandatu mogłaby pretendować dowolna liczba kandydatów. Radnymi zostają ci, którzy w swoich okręgach zwyciężyli. Najprościej i najuczciwiej. Tak jest w gminach i miastach poniżej 20 tys. mieszkańców. Idźmy dalej. Nic nie stoi na przeszkodzie, by również do Sejmu odbywały się wybory większościowe. Dzielimy Polskę na 460 okręgów i w każdym okręgu kandydaci walczą o jeden mandat. Wygrywa najlepszy. Potem niech się łączą w kluby partyjne i inne bandy. W dniu wyborów szary obywatel powinien wiedzieć, że głosuje na konkretnego człowieka, a nie na jego partię, czy na jakiś komitet.
Chyba już czas, by straciło aktualność powojenne przysłowie: "Urna to taka dziwna szkatułka... Głosujesz na Mikołajczyka, a wychodzi Gomułka."

Jarosław Babicki

F r a s z k i

Wybory

Kandydatów do rady
Były całe gromady.
Gorzej było z wyborcami,
Tych brakowało stronami.

Wybrany

Ciułał głos do głosu
I osiągnie poprawę losu.

Kłopoty Romana G.

Najpierw chciały spisać go na straty
Rodzime małolaty.
Teraz chce go odstawić w kąt
Amerykański rząd.

F-16

"Prezent" to zza Atlantyku
Od naszych sojuszników.
Na naszym niebie zagości
Stadko samolotów nie pierwszej młodości.

B.A.J.

H u m o r

Lwy

I wojna, siedzą Rosjanie w okopie, dowódca kompanii woła:
- Orły, naprzód! Za mną!
Cała kompania wyłazi z okopów, zostało tylko dwóch.
- Komendy nie słyszeliście?
- Słyszeliśmy, ale to nie do nas było!
- Jak to nie do was?!
- My nie orły, my lwy: Lew Dawidowicz i Lew Aleksandrowicz.

Smak

Rozmowa telefoniczna:
- Kochanie, co wolisz - banany czy truskawki?
- Na bazarze jesteś, skarbie?
- Nie, w aptece.

Atrakcja

Pyta się turysta bacy:
- Macie baco w waszej okolicy, jakąś atrakcję dla turystów?
- Mieliśmy, ale niedawno wyszła za mąż.

Tajemnica

Pani w szkole:
- Z czego robi się kiełbasę?
Dzieci milczą.
- Jasiu, ty powinieneś wiedzieć, twój tata jest masarzem?
- Ja wiem, ale tatuś powiedział, że jak komuś powiem to mnie zabije.

Sponsor

W Kołobrzegu na deptaku apetyczna dziewczyna wchodzi na automatyczną wagę, wrzuca monetę... i z niezadowoleniem ogląda wydrukowany wynik. Zdejmuje kurtkę i pantofle, znowu wrzuca monetę - znów jest niezadowolona z wyniku. Zdejmuje bluzkę - wynik ważenia znowu niezadowalający. Stoi tak niezdecydowana na tej wadze:
- Co by tu jeszcze?
Na to podchodzi przyglądający się temu facet i wręczając jej garść monet, mówi:
- Niech pani kontynuuje - ja stawiam!